English French German Italian Portuguese Russian Spanish

Piotr Kulpa o niepolitycznych pseudonimach kolarzy

Alberto „El Pistolero” Contador po ostatnich zamachach w Paryżu miał powiedzieć, że zrezygnuje z pokazywania swojego triumfalnego gestu wykonywanego przez niego po każdym z wygranych etapów. Strzelanie, choćby i z pistoletu uformowanego z dłoni, bez jakichkolwiek, nawet ślepych, naboi i w powietrze, w czasach globalnego zagrożenia terroryzmem jest zdaniem kolarza nie na miejscu. Taki gest mógłby kogoś urazić, więc należy z niego zrezygnować. Pytanie tylko po co?

Kolarze często starają się wokół własnej osoby, mniej lub bardziej świadomie, wykreować jakąś legendę, która zyskuje swoje odzwierciedlenie w rozmaitych zachowaniach, a także w pseudonimach. Kim byłby hiszpański „El Pistolero”, czyli polski „Bandyta”, bez swojej wiernej broni? Contador chce z niej zrezygnować, aby uniknąć kontrowersji, mimo że w historii kolarstwa znajdziemy wiele innych przykładów kolarskich przezwisk, które uznać można byłoby za równie lub nawet bardziej niepolityczne, a innym razem – zupełnie obraźliwe. Podobnych przykładów znajdziemy całe mnóstwo.


Znakomity belgijski kolarz, Eddy Merckx, który w światowym peletonie osiągnął wszystko, co tylko było do zdobycia, swoją niepohamowaną pasją do osiągania sukcesów zapracował sobie na wyjątkowo niepoprawny pseudonim – „Kanibal”. Merckx nigdy nie był w stanie powstrzymać swojego apetytu, by wciąż pokonywać swoich rywali. Na trasie zawsze przejawiał ludożercze skłonności. Zwycięstwo było dla niego ważniejsze niż niepisane zasady panujące w peletonie. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że kanibalizm szczególnie dziś nie jest poprawny politycznie, a już z pewnością nie jest uznawany za sport mogący przynieść sławę, pieniądze i zaszczyty. Wystarczyło, że urugwajski piłkarz – Luis Suarez, który podobnie jak Contador nosi pseudonim „El Pistolero”, podczas brazylijskich mistrzostw świata ugryzł Chielliniego i natychmiast otrzymał kilkumiesięczną dyskwalifikację. Suarez przeprosił włoskiego obrońcę za swoją ludożerczą walkę, Eddy Merckx zwykle tego nie czynił. W odróżnieniu od Contadora nigdy też nie zamierzał zmieniać swojego zachowania na trasie wyścigu będąc dumnym z tego, jak go określano.


- Zawsze odczuwałem i nadal odczuwam specyficzną rozkosz w byciu najlepszym. Dlatego właśnie akceptuję to, a nawet jestem dumny z tego, że dali mi przydomek „Kanibal”

– miał mawiać sam zawodnik.

Merckx Eddie


Nieco bardziej łagodny wydźwięk ma pseudonim Vinzenzo Nibalego – „Rekin z Mesyny”. W tym przypadku już nie człowiek zjada człowieka, ale niebezpieczny drapieżnik pożera każdy obrany przez siebie cel. Brzmi nadal groźnie i wciąż niezbyt elegancko. Rekin, kiedy tylko poczuje krew, gotowy jest zabić. Nibali powinien zatem mniej upierać się na zwycięstwa. Nie ścigać się do upadłego. Wówczas być może nazywano by go już bardziej poprawnie – na przykład „Płotką z Mesyny” lub „Karpiem na dwóch kołach”, bo te ryby żywią się co prawda drobnymi, choć jednak żyjącymi istotami, ale, co ogromnie cieszy, nie pogardzą również pokarmem roślinnym. Nie zaatakują też człowieka.


Chris Froom nazywany jest „Białym Kenijczykiem”. Tutaj wydaje się, że wiele zarzucić kolarzowi nie możemy. Dlaczego jednak Froome nie reprezentuje już Kenii, lecz Wielką Brytanię? W grę wchodzą tutaj na pewno spore pieniądze. Biedna Afryka nie narzeka na nadmiar reprezentantów swojego kontynentu w światowym peletonie, mimo, że zamieszkują ją miliony ludzi. Okazuje się, że „Biały Kenijczyk” to w rzeczywistości Brytyjczyk, który nieco niegrzecznie porzucił swoje miejsce urodzenia. W Nairobi z pewnością poczuli się tą decyzją skrzywdzeni. Froom przepraszać chyba nie zamierza. „Biały Kenijczyk” z Wielkiej Brytanii wiele wspólnego z Afryką niestety nie ma.


„The Boss”, czyli oczywiście Lance Armstrong, na swój przydomek zapracował na trasach największych światowych wyścigów, podczas których to on rozdawał karty, dzielił i rządził. Kiedyś ten pseudonim był jego dumą, dziś okazał się prawdziwą zmorą. Inaczej postrzega się przecież szefa wielkich, uczciwych i sprawnie działających przedsiębiorstw, a takimi wydawały się być dowodzone przez kolarza zawodowe ekipy, inaczej zaś bossa mafii, czy bossa dopingowego, jak dziś określa się Armstronga. Czy Amerykanin mógł cokolwiek w porę zaradzić, by nikogo nie urazić. Z pewnością mógł, ale tego nie zrobił. „The Boss” polityczną poprawnością nigdy się nie przejmował.

ARMSTRONG Lance


Ze względu na swój wygląd i sposób bycia „Piratem” nazywany był Marco Pantani. Chustka na głowie, kolczyk w uchu, charakterystyczna bródka, a do tego niepokorny charakter, skłonność do używek i przedwczesna śmierć. Włoch może zostać uznany za przykład waleczności na wzniesieniach i zaangażowania na trasie, ale za przykład do naśladowania dla młodzieży z pewnością uznać by go nie można. Piraci nigdy nie byli grzecznymi chłopcami, nigdy też nie zależało im na tym, aby kogoś nie urazić, ale zawsze wzbudzali zainteresowanie i pewien rodzaj podziwu. Nie wszystko, co poprawne, jest najbardziej interesujące.
Francuskiemu kolarzowi Bernardowi Hinault z kolei wymyślono pseudonim, który w pierwszej chwili raczej nie kojarzy się z dominacją. Pięciokrotny zwycięzca Tour de France to dla rodaków „Le Blaireau”, czyli borsuk. Niby to drapieżca, ale brzmi mniej dumnie niż lew, tygrys czy rekin. Kto jednak interesuje się światem fauny, ten wie, że każdy borsuk słynie ze swojego sprytu i zawziętości, a taki był właśnie Hinault. Obie cechy przez złośliwych mogą zostać uznane za szczególnie negatywne, ponieważ jak ktoś sprytny, to znaczy, że kombinuje, a jak zawzięty, to od razu jest jasne, że do swojego celu będzie dążył nawet po trupach.
Można wygrać klasyfikację górską Tour de France, zwyciężać podczas wyścigu kolejne etapy, można stanąć na podium Vuelty i wszystko to zrobić w wielkim stylu. Tak właśnie uczynił kolarz, który na pierwszy rzut oka jest wyjątkowo sympatycznym człowiekiem. Mimo to na Rafała Majkę, bo o nim mowa, koledzy z drużyny wołają „Zgred”. Ciężko powiedzieć dlaczego. Rafał mógłby się na nich obrazić, bo przecież niezbyt to uprzejme. Słownik języka polskiego zanim wyjaśni to słowo podaje przed nim skrót „lekcew.”, co oznacza lekceważąco, a nikt lekceważony być nie lubi. Majka może jedynie pozazdrościć Michałowi Kwiatkowskiemu – „Kwiatkowi” lub z angielska „Flowermanowi”, którego pseudonimy chyba wszystkim kojarzą się bardzo pozytywnie.


Odruch Contadora jest wspaniałym gestem solidarności. Jednak sport dla zawodników i kibiców z zasady nie powinien mieć nic wspólnego z polityką. Aktorskie świętowanie zwycięstwa jest bardzo barwnym i ciekawym elementem kolarstwa. Bo w końcu czy można wyobrazić sobie „El Pistolero” triumfującego bez pistoletu? Bez wystrzału etap wygra kolarz bez pseudonimu – Alberto Contador. „Bandyta” bez broni w rękach z pewnością nie przestraszy swoich rywali, a kibice bardzo szybko zatęsknią za jego niezwykłym gestem.

Autor: Piotr Kulpa
Foto: WikiCommons, flikcr.com

Patronat / Współpraca

 

Podkarpacka-Liga-Rowerowa

 

14522687_619365254901289_373792591331914942_n.jpg

logo Bike Day

Tauron Lang Team Race psr  Mistrzostwa Polski w kolarstwie szosowym

 LOGO Vienna Life Lang Team Maratony Rowerowe BIKE DAYS logo NT150px 

  logo face black  150cm PĘTLA KOPERNIKA

Harpagan 52 - Człuchów